Od Nas dla Was

Pozyskaliśmy dla Was ofertę edukacyjną na rok szkolny 2020/2021.
Pozyskujemy inne ważne informacje o szkołach.

Od Was dla Nas

Wesprzyj Nas i kup cegiełkę na rozwój portalu.



"Ja i mój przyjaciel" - najlepsze prace

Zakończyła się druga edycja konkursu połączonego z wolontariatem edukacyjnym "Uczeń dla Ucznia". Konkurs odbył się na to platformie www.wybieramwiedze.pl umożliwiającej udział w interaktywnych konkursach online oraz umożliwiającej działanie w Wolontariacie Edukacyjnym. 

Tematem konkursu było napisanie opowiadania, które zawiera dialogi i rozpoczyna się od zdania "Tego dnia nigdy nie zapomnę”. Miało też zostać zakończone puentą: „Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie".

Kapituła Konkursu oprócz 6 najlepszych prac, wybranych przez samych uczestników, postanowiła wyróżnić 3 najlepsze prace wśród najmłodszych uczestników konkursu z klasy VI.

BARBARA JANKOWSKA - wyróżnienie

          Tego dnia nigdy nie zapomnę. Bo jak można zapomnieć dzień, w którym zamiast eleganckiej kolacji spędziłam ostatnie wakacyjne popołudnie i wieczór w samochodzie, przemierzając w korku zatłoczone do granic możliwości ulice Gdańska, Sopotu i Gdyni.

     Ale po kolei…

Moja „Best Friend” to Zosia. Chociaż ja do osób spokojnych nie należę, to Zosia jest po prostu wulkanem energii. Pamiętnego dnia po plażowaniu w Jelitkowie wypożyczyłyśmy gokarda na pedały i zaczęłyśmy przemierzać nadmorską promenadę. Dopóki moja mama na nas patrzyła jechałyśmy spokojnie. Jak tylko zniknęłyśmy jej z oczu, Zosia pokazała co potrafi. Nie tylko jechałyśmy coraz szybciej, ale też coraz większymi zakosami, od prawa do lewa i od lewa do prawa. Zosia kręciła gwałtownie kierownicą, a ja trzymałam się kurczowo siedzenia.

        Ale i tak stało się!

- Zosia stój! - krzyknęłam.

       Zosia zatrzymała się.

- Co się stało – zapytała niezbyt zadowolona, że przerwałam jej szaloną jazdę.

       Czując napływające łzy do oczu, powiedziałam:

- Nie ma mojego telefonu, zgubiłam telefon.

          Zosia natychmiast zarządziła poszukiwania. Zawróciłyśmy i jadąc wolno rozglądałyśmy się uważnie. Niestety im bardziej szukałyśmy zgubionego telefonu, tym bardziej go nie było. Ja coraz bardziej płakałam, a Zosia nie tracąc dobrego humoru podtrzymywała mnie na duchu i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. I wtedy pojawiła się moja mama, chociaż miała na nas czekać siedząc na ławce (skąd te mamy wiedzą, że będą potrzebne). Razem spokojnie oddałyśmy gokarda i wróciłyśmy do hotelu. Po kilkukrotnych próbach mama dodzwoniła się na zgubiony telefon. Sympatyczny pan który go znalazł, powiedział mamie, gdzie możemy go odebrać.  Okazało się, że pan mieszka dosyć daleko. Był piątek po południu. Półtorej godziny w korkach w jedną stronę, z powrotem niewiele mniej.

          Ale wiecie co? Nie żałuję tej straconej eleganckiej kolacji, bo mam wspaniałe wspomnienia i co ważniejsze przekonałam się, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

WIKISOR - wyróżnienie

          Tego dnia nigdy nie zapomnę. Koń mi nie ufał, skakał po skosie, a tyle od tego treningu zależało. Dwie najlepsze osoby z grupy miały pojechać na swoje pierwsze zawody hippiczne. Ostro ze sobą konkurowałyśmy.

Trenerka wezwała mnie na rozmowę i groźnie zapytała:

- Czy w ogóle zależy Ci na zawodach? Umiesz się skoncentrować?

- Marzę o nich – wydukałam drżącym głosem.

- To weź się wreszcie w garść!

Wróciłam na plac i starałam się dopracować każdy skok, ale im bardziej się starałam tym gorzej mi wychodziło. W dodatku dziewczyny złośliwie podjeżdżały zbyt blisko, aby w ten sposób wyeliminować mnie ze współzawodnictwa.

Stwierdziłam, że pojadę ostatni raz i im pokażę, jak się jeździ, ale w tym momencie koń bryknął a ja z niego spadłam. Dziewczyny się śmiały, a trenerka na mnie krzyczała. Nagle usłyszałam głos Amelki, mojej przyjaciółki z przedszkola.

- Wiktoria, nie przejmuj się, wstań i przejedź to jeszcze raz! – krzyknęła.

- Daj mi spokój nic już z tego nie będzie. – odburknęłam.

- Przestań się nad sobą rozczulać! Nieprzypadkowo masz takie imię. – ciągnęła.

Byłam na nią zła. Dopiero gdy usiadłam na koniu spojrzałam na Amelkę i zobaczyłam, że ona naprawdę we mnie wierzy. Nie przejmując się niczym machała do mnie i pokazywała kciuki w górę. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Wzięłam się w sobie i bezbłędnie przejechałam trzy razy cały parkur. Prawdę mówiąc nie myślałam wtedy o zawodach tylko o tym, żeby nie zawieść Amelki. Po treningu przeprosiłam ją, a ona tylko mnie wyściskała i powiedziała: Jesteś moją przyjaciółką.

          Dzięki Amelce zakwalifikowałam się i pojechałam na wyśnione zawody. Ona jest dla mnie uosobieniem powiedzenia „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

  MAJKA08 - wyróżnienie

          Tego dnia  nigdy nie zapomnę, gdy zadzwoniła do mnie Agata i powiedziała:

- w te wakacje na tydzień przyjeżdżamy do Warszawy.

Agata to moja kuzynka i najlepsza przyjaciółka. Mieszka w Londynie więc widzimy się niestety rzadko, ale prawie codziennie rozmawiamy przez telefon. Ona jest tylko tydzień młodsza ode mnie. Wiadomość o jej przyjeździe bardzo mnie ucieszyła. Od razu zaczęłam planować nasz wspólny tydzień.  

Agata przyjechała z rodzicami w pierwszym tygodniu sierpnia. Na początku chciałam jej pokazać moje ulubione miejsca w Warszawie. Byłyśmy na Starym Mieście, nad Wisłą i na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. W trzecim dniu jej pobytu mama powiedziała:

- mamy dla Was niespodziankę. Dziś jedziemy na Mazury. Spakujcie się.

- Hura!  - krzyknęłyśmy.

Za godzinę już byłyśmy gotowe do podróży. Pojechaliśmy nad jezioro Bełdany do Galindii. Jest to piękny ośrodek położony nad brzegiem jeziora, niedaleko miejscowości Ruciane Nida. 

Po przyjeździe od razu pobiegłyśmy wykąpać się w jeziorze, a po obiedzie wspólnie z rodzicami zwiedzaliśmy okolicę. Byliśmy w Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, gdzie można zobaczyć wilki, rysie, jelenie i wiele innych zwierząt. Następnego dnia wybraliśmy się na spływ kajakowy rzeką Krutynią. Było super. Po obiedzie poszliśmy na spacer po lesie. Biegałyśmy z Agatą między drzewami i nagle:

- ojej, ratunku - krzyknęłam.

Wpadłam do dużego dołu i coś stało się z moja nogą, bardzo mnie bolała. Musieliśmy pojechać do szpitala. Okazało się, że skręciłam kostkę. Byłam bardzo smutna. Miałyśmy tyle planów, a ja nie mogłam się ruszać. Po powrocie do Warszawy siedziałyśmy z Agatą w domu. Wspólny tydzień szybko minął i moja kuzynka pojechała do domu.

          Spędziłyśmy z Agatą ciekawy czas. Mój wypadek popsuł nasze plany, ale i tak było wspaniale. Najważniejsze, że byłyśmy razem. Agata mimo, ze mogła chodzić na wycieczki to wolała być ze mną w domu. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

ZOSIA ZAREMBA

          Tego dnia nigdy nie zapomnę... Był to dzień moich pierwszych zawodów w życiu. Od rana czułam się podekscytowana. Jak tylko wstałam, ubrałam się, zjadłam śniadanie i sprawdziłam listę rzeczy, które powinnam wziąć.

Zaczęłam czytać:

-Kask- jest, bryczesy- są, siodło- jest. Wszystko!

Po spakowaniu paki od razu wsiadłam do samochodu i pojechałam do stajni.

          Na miejscu przywitałam się z Gazelą i dałam jej śniadanie. Podczas jej posiłku dopakowałam rzeczy, które zostały w stajni. Następnie wyczyściłam kobyłkę oraz zaplotłam na jej grzywie warkoczyki. Kolejno posmarowałam kopyta smarem. Po niespełna godzinie przyjechała moja trenerka z przyczepą. Od razu zaprowadziłam Gazelę do przyczepy, a sama wsiadłam do samochodu. Podróż minęła nam bardzo przyjemnie. Po godzinie dojechałyśmy do celu.

           Na początku zaprowadziłam konia do przygotowanego dla niego boksu. Gazela była bardzo grzeczna. Kolejno wypakowałam nasze rzeczy i poszłam oglądać parkur. Na placu czekała Marta, która pouczyła mnie, w jaki sposób „pojechać” przeszkody. Po zapamiętaniu toru wróciłam do stajni, żeby wyczyścić i osiodłać Gazi. Klacz wyglądała przepięknie. Ubrana była w galowy komplet, który pasował do mojej koszuli. Wsiadłam na nią i udałam się na rozprężalnię.

            Przy wejściu pani zapytała mnie, ile mam lat. Odparłam, że trzynaście. Sędzia poinformowała mnie, że nie będę mogła wystartować bez kamizelki ochronnej. Byłam przerażona, kompletnie o niej zapomniałam.

-Co ja teraz zrobię!- krzyknęłam.

-Może ja mogę ci pomóc?- zapytała dziewczyna.

-Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy masz zapasową kamizelkę- odparłam.

-Oddam ci swoją. - odrzekła.

-Ale wtedy ty nie wystartujesz?- rzekłam.

-I tak nie dam rady wystartować. Jest korek i mój koń nie dojedzie na czas- dziewczynka podała mi kamizelkę.

-Jestem Zosia. - powiedziałam.

-A ja Ania – wyszeptała.

          Dzięki Ani mogłam spełnić swoje marzenie, za co jestem jej do dziś wdzięczna. Obecnie jesteśmy przyjaciółkami i zawsze sobie pomagamy. To prawda, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie!

HAGA

          Tego dnia nigdy nie zapomnę. Pamiętam jak cieszyłem się, że nareszcie rozpoczynają się ferie i będę mógł odpocząć. Od razu umówiłem się na następny dzień z moimi znajomymi, aby wspólnie pójść na lodowisko. Zawsze uwielbiałem zimę i pasjonowałem się sportami, które można uprawiać w tym czasie. Gdybym tylko wiedział...

            Mój mocny sen przerwało uporczywe brzęczenie budzika. Poszedłem szybko umyć się i zjeść śniadanie. Za pół godziny miałem spotkać się z Tomkiem, Mateuszem, Kubą i Damianem koło pobliskiego sklepu. Wyszedłem z domu i z daleka zobaczyłem ich sylwetki.

- Cześć chłopaki! - krzyknąłem radośnie na powitanie. 

- Hej - odpowiedzieli mi wszyscy na raz. 

- To jak? Idziemy na lodowisko? - zapytałem.

- Właśnie dyskutowaliśmy czy nie zmienić trochę naszych planów - powiedział Damian. Popatrzyłem na niego zdumionym wzrokiem. 

- Zauważyłem, że to ogromne jezioro koło mojego domu zamarzło. Może moglibyśmy zaoszczędzić trochę pieniędzy i pójść tym razem poślizgać się za darmo? - spytał z nadzieją w oczach Mateusz.

- Skoro nie musimy nic płacić, to odpowiedź jest jasna - stwierdził Damian.

- Tylko, że lód może być cienki i może pęknąć - powiedział Kuba, a ja przytaknąłem.

- Nie bądź taki. Daj się namówić - odparł Mateusz. 

            Pierwszy na lód wszedł Tomek, a reszta ruszyła za nim. Na początku byliśmy trochę niepewni, ale później rozpoczęła się prawdziwa zabawa. Nagle poczułem, że upadam, a moje ciało zanurza się w lodowatej wodzie. 

- Pomocy! - krzyknąłem. Tomek i Mateusz popatrzyli na mnie z przerażeniem i szybko zaczęli się ślizgać w kierunku brzegu. Ogarnęła mnie panika. Niespodziewanie pojawił się Kuba, który podał mi patyk. Udało mi się wydostać. Powoli doczołgaliśmy się do brzegu.

          Ta historia nauczyła mnie tego, że bezpieczna zabawa jest bezcenna. Jednak najważniejsze co wyniosłem z tego wydarzenia to to, że teraz już wiem, że ,,Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie''.

KARIX3D

          Tego dnia nigdy nie zapomnę. Była to sobota, która zaczęła się normalnie,

 jak zawsze.  Poszłam rano do sklepu, później gdy wróciłam zjadłam drugie śniadanie i posprzątałam w moim pokoju. Następnie znów wyszłam z domu, tylko tym razem miałam spotkać się z przyjaciółką w parku. Nigdy bym nawet nie przypuszczała, co przydarzy mi się w drodze na spotkanie.

          Tego dnia był duży ruch zarówno na ulicy jak i na chodniku, ponieważ sporo osób robiło zakupy. W pewnym momencie mijałam ławkę na której ktoś leżał. Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi i poszłam dalej. Kiedy uszłam kilka kroków zdecydowałam się jednak zawrócić. Podeszłam do niej i spytałam się:

- Proszę pana. Czy wszystko w porządku? - cisza.

- Halo proszę pana! Czy wszystko w porządku?! - zaczęłam lekko potrząsać mężczyzną w celu zwrócenia na siebie jego uwagi.

- Zostaw go. To pewnie jakiś bezdomny, który zasnął na ławce - usłyszałam od jednej pani, która mnie mijała.

- Dziecko, daj sobie spokój - powiedziała inna osoba. Zaczęłam się zastanawiać czy nie mają oni racji. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jest minus pięć stopni i może ta osoba się wychłodziła. Okazało się jednak, że poszkodowany miał bransoletkę z informacją o cukrzycy. Uświadomiłam sobie, że jest nieprzytomny i potrzebuje pomocy lekarskiej.

- Dzień dobry. Numer alarmowy 112. W czym mogę pomóc? - usłyszałam w słuchawce, gdy wybrałam numer ratunkowy. Dostałam instrukcje jak mam się zachować. Po kilkunastu minutach przyjechała karetka i zabrała poszkodowanego.

          Okazało się, że miał on hipoglikemię i potrzebował natychmiastowej pomocy. Do dziś zastanawia mnie jedno. Mnóstwo osób, mijało cukrzyka, a nikt oprócz mnie do niego nie podszedł. 

- Uratowałaś mu życie - powiedział ratownik. Ta sytuacja uświadomiła mi, jak bardzo ludzie są odporni na czyjąś krzywdę i że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

KOSMA

          Tego dnia nigdy nie zapomnę. Była wczesna wiosna, wyszedłem z grupą przyjaciół na spacer do pobliskiego parku. Słońce powoli zachodziło, ale nam to nie przeszkadzało. Gdy było już ciemno, zapaliły się latarnie. Zachowywaliśmy się jak zawsze, aż wydarzyło się coś, co na zawsze zostanie w naszej pamięci.

          Gdy rozmawialiśmy, odwróciłem się na chwilę, aby poszukać mojego telefonu, i wtedy ich zobaczyłem. Grupa około 10 dorosłych mężczyzn, stopniowo zbliżała się do nas z każdej strony. Odwróciłem się z powrotem i wyszeptałem do Mateusza, który też wyraźnie czuł, że coś jest nie tak:

- Hej, wiesz co to za ludzie? - spytałem.

- Nie mam pojęcia i myślę, że wolałbym nie wiedzieć... - odpowiedział.

- Chyba powinniśmy zawiadomić resztę, jest nas 6, a ich 10. Jeżeli mają złe zamiary, to jesteśmy na przegranej pozycji - wyszeptałem przerażony.

Najciszej jak mogliśmy, poinformowaliśmy z Mateuszem pozostałych o naszych obawach. Wtedy jeden z mężczyzn podszedł do nas, wskazał na mnie i powiedział:

- Pójdziesz z nami.

- A jeśli nie? - odpowiedziałem, próbując udawać twardszego niż byłem.

- Sami cię poprowadzimy - odparł ze złowieszczym uśmiechem na ustach.

Pobladłem. Gorzej już być nie mogło.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Czworo moich przyjaciół zaczęło uciekać, a jeden z mężczyzn chwycił mnie za rękę. Wtedy Mateusz - jedyny który został, wziął rozbieg i kopnął trzymającego mnie osiłka w brzuch. Ten wypuścił powietrze z płuc, zatoczył się i uwolnił uścisk, przy okazji lecąc na innego mężczyznę. Razem z moim przyjacielem skorzystaliśmy z zamieszania i uciekliśmy. 

          Do dzisiaj nie wiem kim byli tamci mężczyźni, ale już nigdy ich nie spotkałem. Moja przyjaźń z Mateuszem bardzo się pogłębiła po tamtym wydarzeniu. Mimo, że było ono traumatyczne, to czegoś mnie nauczyło: prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

MIKOŁAJ KOZAKIEWICZ

            Tego dnia nigdy nie zapomnę. Był on dla mnie wyjątkowy, ponieważ przedłużał się w nieskończoność. To cud, że jeszcze żyję. Tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności mogę opowiadać wam tę historię.

Wszystko zaczęło od pakowania na sierpniową wycieczkę rowerową po górach. W tym roku jechałem sam. Rodzice nie chcieli wykorzystać swojego urlopu na wysiłek, jakim jest pedałowanie po górach. 

          Po południu wsiadłem do pociągu i pojechałem do Zieleńca. Na miejscu udałem się prosto do hotelu żeby odstawić rzeczy. Chciałem przeżyć chwilę w dzikiej naturze więc zostawiłem nawet telefon. Była dopiero szesnasta więc wsiadłem na rower żeby pojechać na krótki rekonesans. Na początek wybrałem najbardziej zarośnięty szlak do Złotej Góry. Pedałowałem co sił w nogach. Droga wiodła pod górę wąską ścieżką między skałami. To było bardzo męczące, ale nie zrażałem się, licząc na piękny widok ze szczytu góry. Wtem przednie koło roweru wpadło w szczelinę. Jak szarpałem za kierownicę to pod moją prawą nogą zapadł się grunt. Utknąłem. Noga była zaklinowana i żadnym sposobem nie mogłem jej wyciągnąć. Była cała poraniona. Wydawało mi się że do tego ją złamałem, ponieważ strasznie spuchła. Próbowałem się wydostać przez bardzo długi czas. Zaczęło się ściemniać. Pomyślałem zrozpaczony.

- To jest już koniec. Nie dam rady wyciągnąć mojej nogi, zostanę tu na zawsze.

W tej chwil naprawdę myślałem że to koniec. Nagle jednak zobaczyłem człowieka na rowerze jadącego w moją stronę. Zatrzymał się przy mnie. Ocenił sytuację i powiedział.

- Wygląda to fatalnie ale sprowadzę pomoc. Wytrzymaj jeszcze chwilę. 

Nie wiem co się stało potem. Obudziłem się dopiero w szpitalu. Wokół mnie stała moja rodzina i mój nowy przyjaciel.

          Wtedy dopiero zrozumiałem jak ważni są przyjaciele. Z moim nowym znajomym Marcinem znam się do dziś. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

RADEKS

          Tego dnia nigdy nie zapomnę, w końcu wracamy do szkoły po prawie rocznej kwarantannie. Będę mógł znowu zobaczyć moich znajomych i nareszcie ruszyć się z domu, lecz ten dzień okazał się jednak z jednej strony, rozczarowujący, a z drugiej bardzo ciekawy.

Po przebudzeniu spojrzałem na zegarek. Mój budzik nie zadzwonił, a od przynajmniej dziesięciu minut powinienem być już w autobusie. Zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki. Ubrałem się i wziąłem plecak. Jak najszybciej wybiegłem z domu. W drodze na przystanek przewróciłem się i wpadłem do kałuży. Kilka chwil później podszedł do mnie nieznajomy chłopak i pomógł mi wstać. Podziękowałem mu i poszedłem dalej.

          Musiałem biec, ponieważ zostało mi tylko dziesięć minut do dzwonka. Z daleka zobaczyłem, że mój autobus dojeżdża na przystanek. Zacząłem biec, ile tylko miałem sił w nogach. Byłem już bardzo blisko drzwi pojazdu, które nagle zaczęły się zamykać, lecz w ich progu wychylił się już mi znajomy but, który zatrzymał zamykające się drzwi. Wbiegłem do autobusu i podziękowałem temu samemu chłopakowi, który wcześniej pomógł mi wstać. Usiedliśmy koło siebie i zaczęliśmy rozmawiać.

- Nie miałem jeszcze okazji zapytać się, jak masz na imię? - spytałem.

- Bartek, a ty? - odpowiedział.

- Radek, chodzę tą trasą już kilka lat, ale nigdy cię tu nie widziałem, jesteś tu nowy? -

dociekliwie zapytałem.

-Tak, niedawno się tu przeprowadziłem i właśnie jadę do nowej szkoły - odpowiedział Bartek.

Rozmawialiśmy dość długo. Okazało się, że chłopak będzie chodził do tej samej szkoły co ja i nawet do tej samej klasy. Co prawda nie zdążyliśmy na lekcję, ale usprawiedliwiłem się tym, że pokazywałem nowemu uczniowi drogę do szkoły.

          Bartek to teraz mój najlepszy kolega. Choć okoliczności naszego poznania były dość dziwne, były i tak tego warte. Teraz już wiem, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.